Zastanawialiście się kiedyś, na czym tak naprawdę polega tworzenie własnego „konstruktu”? To fascynujący proces. W gruncie rzeczy chodzi o to, by przypomnieć sobie, kim jesteśmy w tej wielkiej grze zwanej życiem. Problem polega jednak na tym, że nasze umysły są niesamowicie chłonne – biorą na wiarę cudze słowa, religie, dogmaty i cudze prawdy. Często wierzymy we wszystko, tylko nie w to, co jest naszą autentyczną esencją.
Inni ludzie jako nasze przekaźniki
Często to, co chcemy sobie zakomunikować, jest tak rozbieżne z naszymi wyuczonymi schematami, że musimy „włożyć te słowa w usta” kogoś innego. Wykorzystujemy do tego relacje, związki, wspomnienia czy projekcje. Tworzymy syntezy postaci – na przykład obraz będący połączeniem matki, kochanki i osoby oświeconej – tylko po to, by przez tę postać dotrzeć do samego siebie.
Budujemy sieć neurotypów i powiązań, przez które próbujemy przemycić prawdę do własnej świadomości. Ale uwaga: ten przekaz rzadko jest czysty. Przechodząc przez „inny umysł”, nasza prawda zostaje obarczona ogromną ilością informacyjnego szumu.
Odcedzanie prawdy od ego
Kiedy moja świadomość rezonuje z drugą osobą, zaczynamy nadawać na tych samych falach. Wtedy ta druga postać może powiedzieć coś, co trafi prosto w moje serce. Jednak te słowa płyną przez jej filtr – przez jej ego, alter ego i tożsamość. Nie da się uniknąć interpretacji, oceny czy zniekształceń.
Cała zabawa polega na tym, by umieć odcedzić tę czystą prawdę od śmieciowych informacji. Często dajemy się złapać w pułapkę: uznajemy tę drugą osobę za kogoś wyjątkowego, za kogoś, kto „wie lepiej”. Nie widzimy, że to my sami – przez to inne ciało i formę – mówimy do siebie, by w końcu coś dostrzec.
Absurd tożsamości i integracja
Dopiero gdy pewne pętle się domykają i wychodzimy z dualności, zaczynamy widzieć całość. Ten teatr, tę dramaturgię, którą tutaj uskuteczniamy. Wszystkie doświadczenia, krytyka i emocje miały jeden cel: zaobserwowanie reaktywności naszego systemu percepcji.
Kiedy zrozumiesz mechanizm, możesz wyjść z jakiejkolwiek tożsamości. Zobaczysz absurdalność walki o „ja”, którą wszyscy tu uprawiamy z taką zaciekłością. Prawda jest prosta: nie ma „onych”. To wciąż my, tylko w innych ciałach. Gra polega na tym, by zebrać się w całość i zintegrować. Czy to jest wyjście z gry? Każdy koniec jest nowym początkiem.
Misterna robota: Program i jego pułapki
To, co tu robimy, to niebywale misterna gra świadomości. Zauważyliście, jak program potrafi odwracać uwagę? Jak próbuje nas rozproszyć, gdy zbliżamy się do sedna? Sami sobie generujemy te postacie, robiąc z nich „zlepki” cech, które mają nas nęcić lub manipulować.
To niesamowite odkrycie: sam na siebie kręciłem bat, sam sobą manipulowałem, żeby pokazać sobie, na czym polega manipulacja. To czyste misterium. Z jedną postacią walczymy, drugą idealizujemy, a wszystko po to, by postawić przed sobą idealne lustro.
Akceptacja jako klucz do emulacji
W tej grze przeplatają się dwa aspekty:
- Pełne odpuszczenie: „Miej wyjebane”, płyniesz z nurtem i przyjmujesz to, co jest.
- Świadoma kreacja: Masz wpływ na to, co się dzieje, ale nie z poziomu „odpowiedzialności”, lecz czystej świadomości siebie.
Tworzymy sieć doświadczeń, by wywołać w sobie reakcje – od histerii po błogostan. Po co? By przejść przez samego siebie i w końcu zobaczyć w sobie totalne odbicie całego spektrum jestestwa.
To nie jest wzór ułożony raz na zawsze. Własna emulacja pisze się w czasie rzeczywistym. On się cały czas „renderuje”. Dlatego pełna akceptacja i zgoda na to, co się dzieje, są kluczowe. To nie jest tylko obserwacja świata – to percepcja własnej, nieustannie piszącej się emulacji.